Jestem Mistrzem gry od trzech dekad. Od takiego czasu prowadzę, ale także przygotowuję gry oraz piszę scenariusze. To wystarczająco długi okres, abym umiał ocenić w jakiej kondycji psychicznej jestem przygotowując sesję i potrafił się do tych stanów dostosować. Wydaje mi się, że każdy Mistrz Gry po pewnym czasie umie ocenić swój stan, ale nie każdy umie odpowiednio reagować. Dzisiaj postaram się przedstawić te sposoby na swoim własnym przykładzie.
To nie jest tak, że zawsze ma się ochotę usiąść i przygotować sesję. Czasem ma się poczucie, że to najgorsza część gry, a czasami wręcz przeciwnie - pomysły pchają się drzwiami i oknami - tylko siąść i pisać. Nie zawsze przygotowanie sesji daje satysfakcję. Warto więc przemyśleć swój aktualny stan i zdecydować, czy musimy pisać przygodę i przygotowywać najbliższe spotkanie właśnie teraz, czy lepiej może to przełożyć. Czy wstrzymać się z przygotowaniem notatek, czy też zwalczyć swój stan i wziąć się w garść. To wszystko kwestie, które mają wyraźny wpływ na jakość sesji. A zatem...
Ukierunkowany
Czasem pojawia się stan, który nazywam właśnie tak. Oznacza to, że wyczuwam w scenariuszu moment, w którym powinny pojawić się kolejne elementy, gdyż Gracze zdążyli wyczerpać (lub zignorować) wątki poboczne i koniecznie należy posunąć ich w przygodzie. Muszę więc przelać kolejny element przygody, który mam w głowie, na papier, by nabrał kształtów i mógł zostać poddawany obróbce. Kiedy następuje taki moment, mój stan nie ma znaczenia - umysł w jakiś sposób przestawia się w tryb wyższej konieczności. Lubię te momenty, bo chociaż trudno wziąć w rękę ołówek i zacząć kreślić zdania, to kiedy już się za to wezmę, nie mogę przestać, aż cały wątek jest opisany, odnośniki są powstawiane i mogę obudowywać szkielet mięsem - opisami, postaciami i wydarzeniami towarzyszącymi temu, co ma się stać w głównym wątku przygody. Uwielbiam więc mieć dobrze opisany fragment i ogólny zarys tego, co z niego wynika, bo wiem, że kiedy Gracze dotrą do konkretnego momentu w przygodzie, po prostu wyleję z głowy na papier kolejny fragment, by przez kilka sesji ogrywać go i zgłębiać wszystkie wątki poboczne.
Zainspirowany
Uwielbiam ten moment, kiedy zupełnie nowy pomysł trafia mi do głowy - wszystko jedno, czy za sprawą filmu, książki, muzyki, obrazu, czy po prostu przemyśleń. Mogę wtedy zająć się obróbką, a następnie w jakiś sprytny (i znaczący dla przygody) wpleść go w scenariusz i zapisać na następną sesję. To dlatego zawsze staram się mieć przy sobie notes na pomysły. Czasem, kiedy nie czuję się zainspirowany, przeglądam pominięte, niewykorzystane pomysły w notesie i tam znajduję inspirację. W żadnym stanie pisanie nie jest tak przyjemne, jak w tym. To prawdziwe zbawienie, gdy jestem zainspirowany dzień przed sesją, albo nawet tego samego dnia.
Zdarza się też często, że inspiracji dostarczają mi sami Gracze, posyłając swoje postacie w jakieś miejsce i sami szukając im misji do wykonania. Wtedy zwyczajnie reaguję na ich zachowanie i sesja tworzy się sama. Notuję sobie jedynie kilka kluczowych faktów, to jak wiąże się to z przygodą oraz opcje wyników, w zależności od tego co zrobi drużyna i jak dobrze jej pójdzie (by nie było wyborów bez znaczenia). Sesja gotowa, Gracze zadowoleni, że wzięto pod uwagę ich poczynania.
Rozpędzony
Czasem sesji w ogóle nie trzeba przygotowywać. Albo jest wprost wynikowa, bo Gracze są w trakcie wykonywania jakiejś czynności i wiadomo, że będą chcieli ją dokończyć, albo nie zdążyli rozegrać wszystkiego co wydarzyć się miało na poprzedniej sesji i wystarczy dopisać kilka detali, bo cała reszta została spisana tydzień temu. W pewien sposób wykorzystuje się tutaj także pomysły Graczy, które sami zdążyli opisać.
Leniwy
Czasem po prostu mi się nie chce. Czuję się zmęczony, rozkojarzony, nie mam siły by pisać. Nigdy jednak nie dzieje się to dwa razy z rzędu, więc jeśli mam taki dzień, to nie piszę. A jeśli nie mam innego dnia na przygotowanie sesji, to... cóż - czasem przydaje się spowolnienie akcji i odrobina piaskownicy, kiedy nic się nie dzieje i Gracze muszą sami zorganizować sobie sesję. To nawet ciekawe, że mogą wtedy przeczytać księgo, prowadzić badania, dokładnie opisać swój strój, porozmawiać z bohaterami niezależnymi, odpocząć i zrobić zakupy, ewentualnie poczuć znużenie podróżą, podczas której wydarzyło się naprawdę bardzo mało. Kiedyś uważałem, że nie wolno być leniwym, teraz wiem, że jeśli nic się na to nie poradzi, to taka sesja spowalniająca akcję wcale nie szkodzi. Szczególnie, że piszę przygody, które zajmują grubo ponad sto sesji, gramy je kilka lat, więc... kto by liczył.
Zniechęcony
To stan, którego bardzo nie lubię. Zawsze mam wtedy myśli o wypaleniu, chociaż stan ten trwa przeważnie krótko i często (choć nie zawsze) związany jest z tym, że na sesji poszło coś nie tak, nie dość dobrze, nie było tak interesująco, jakbym sobie tego życzył, było za łatwo bądź za trudno. Mam wtedy poczucie, że zawaliłem. Stan ten występuje najczęściej dnia następnego po sesji - wtedy zwyczajnie nie piszę. Jeśli występuje dzień, dwa przed kolejną sesją, rozwiązania są dwa - albo wchodzę w tryb "leniwy", albo szukam inspiracji gdzieś indziej. Oczywiście najlepiej, jeśli mogę wtedy wejść w tryb "ukierunkowany", bo dosłownie nic nie jest gotowe lub "rozpędzony", gdy gotowe jest wszystko. W ostateczności, jak pisałem, przechodzę w tryb "leniwy" wiedząc, że nic co tego dnia napiszę nie będzie dość dobre.


